Posłowie

Mój ojciec

Cezary_Syberia

Mój ojciec po wyjściu na wolność z gułagu. Syberia, lata 50.

Niezmiernie cieszę się z tego, że powstała książka o moim ojcu, pastorze Cezarym Kiewrze, i jego przyjaciołach. Myślę, że w ten sposób została uratowana przed zapomnieniem fascynująca historia o Bożym działaniu w życiu zwykłych ludzi.

Książka ta jest ciekawym świadectwem tamtych czasów, które zostały czytelnikowi przedstawione przez pryzmat życia przeciętnych ludzi. Na tyle, na ile się orientuję, w literaturze faktu istnieje duża luka w książkach na temat życia i służby zielonoświątkowców w pierwszej połowie PRL-u. Dzięki tej pozycji młode pokolenie będzie mogło zapoznać się z surowymi realiami ówczesnych czasów, a także dowiedzieć się, z czym wtedy wiązało się powierzenie życia Chrystusowi i służenie Jemu. Natomiast starsze pokolenie będzie mogło z nostalgią wspomnieć tamten okres. Zresztą, wielu przecież znało mojego ojca osobiście.

Historia mojego taty była dramatyczna, tak jak zresztą większości osób z jego pokolenia. Jako mały chłopiec został oddzielony od ojca, z którym był bardzo emocjonalnie związany. Potem, gdy miał 19 lat, został skazany na 25 lat katorżniczej pracy za pomoc Armii Krajowej, i wywieziono go do gułagu na Syberię. Tam, w surowych realiach stalinowskich czasów spotkał Chrystusa. To spotkanie radykalnie go zmieniło. Poddał się Bogu i wbrew trudnym życiowym okolicznościom poświęcił służbie.

W liście do Hebrajczyków są opisani bohaterowie wiary. Gdy dzisiaj rozmyślam nad tym tekstem, to moimi bohaterami są nie tylko Abraham, Mojżesz i inne wymienione tam postacie, ale również mój ojciec i wiele osób z jego pokolenia. Ani Cezary, ani Aurel nie byli w ciągu swojego życia pastorami wielkich kościołów, nie założyli wielkich międzynarodowych parakościelnych organizacji, nie pozostawili po sobie olbrzymich majątków, ale uważam ich za bohaterów, ponieważ w surowych, stalinowskich czasach zaufali Bogu, opowiedzieli się po Jego stronie. Postanowili Mu służyć wbrew cenie, jaką trzeba było za to zapłacić, i doszli do końca swojego życia silni w wierze. Cenili sobie służbę, którą Bóg im powierzył, i byli w niej wierni, sprawując ją tak, jak potrafili najlepiej. Są dla mnie wzorem wiary, służby i trwania w Bogu, zarówno w dobrych, jak i złych czasach. Byli naszymi ojcami, a my możemy kontynuować Boże dzieło, budując większe rzeczy niż oni, na fundamencie, który ze łzami, w wyrzeczeniach wznieśli.

Pięknem tej książki jest to, że opowiada historię, która nie umiera wraz z jej głównymi bohaterami. Byli częścią większej całości, elementem większego zamysłu Bożego, który rozciąga się z pokolenia na pokolenie. Zastanawiam się nad tym sam i do tego zachęcam czytelników, by pomyśleć o dziedzictwie, wszak ta opowieść o moim ojcu to przekazywanie z pokolenia na pokolenie Ewangelii, która w coraz większym stopniu wywiera coraz mocniejszy, pozytywny wpływ na kolejne generacje.

Myślę też, że książka ta może również zainspirować wielu, którzy szukają Boga albo już za Nim podążają. Historie w niej opisane osadzone są w surowych komunistycznych realiach, jednak pewne prawdy i wątki w niej przedstawione mają charakter uniwersalny i ponadczasowy. Chociażby przesłanie, że Bóg przedstawiony na kartach Pisma Świętego jest realnym i prawdziwym Bogiem, który odnajduje człowieka i daje mu się odnaleźć. Nasza rodzina poznała Go jako tego, który wszystko obraca ku dobremu, choć niekiedy początki mogą być trudne i niezrozumiałe. Tym, którzy Go miłują, obficie błogosławi – i to z pokolenia na pokolenie.

Kiedy zapoznawałem się z książką w trakcie jej powstawania, postawiłem sobie pytanie: Jak zapamiętałem tatę z tamtych lat?. Odpowiedź była prosta: tak jak nazywali go wierzący na Wschodzie – jako krawca, kaznodzieję i przemytnika. Krawiectwo było miłością jego życia, był rzetelnym rzemieślnikiem, ale zdecydowanie ważniejszą pasją była służba. Zresztą wiadome jest, że w ówczesnych realiach ustrojowych pastorzy musieli być zatrudnieni w swoich świeckich zawodach, nie mogli poświęcić się tylko służbie pastorskiej. Pracując jako krawiec, mój tata oddał swoje życie pracy pastorskiej i kaznodziejstwu, przemycał też do Związku Radzieckiego Biblie. Zresztą przez całe życie odnosił się do Pisma Świętego z dużym szacunkiem.

Wywarł ogromny wpływ na moje życie. Jego przykład zainspirował mnie do pójścia za Bogiem, a także do poświęcenia się pracy pastorskiej i kaznodziejskiej. Był dla mnie wzorem cierpliwości i poświęcenia. Wiernie służył Bogu, rodzinie i kościołowi.

Ukończył tylko siedem klas szkoły podstawowej, jak wielu z jego pokolenia, ale był człowiekiem mądrym, doświadczonym przez życie. Czasami udzielał mi i mojej siostrze rad. Nie zawsze go słuchaliśmy, ale teraz wiem, że gdybyśmy byli bardziej na nie otwarci, to nasze dzisiejsze życie z pewnością byłoby lepsze.

Zapamiętałem go również jako człowieka modlitwy. Jest potężnym świadectwem tego, czego może dokonać mąż Boży poprzez wytrwałą w swojej komorze modlitwę.

Mój ojciec miał zakład krawiecki w kamienicy, w której mieszkaliśmy. Gdy byłem małym chłopcem często do niego biegałem, jednak w ciągu dnia były takie momenty, kiedy drzwi warsztatu były zamknięte. Nie wiedziałem, co wtedy robił, a zawsze niezwykle mnie to ciekawiło.

Któregoś dnia tajemnica rozwiązała się przez przypadek, ponieważ ojciec zapomniał zamknąć drzwi. Jak zwykle wpadłem do warsztatu jak burza i zobaczyłem mojego tatę na kolanach. W modlitwie wylewał przed Bogiem swoje serce i łzy. Warsztat krawiecki był też jego komorą modlitewną.

Któregoś dnia zapytałem:

– Tato, co ty robisz na kolanach?

– Synu – odpowiedział. – codziennie zamykam się w tym warsztacie i godzinami modlę się za siebie, a także wstawiam się u Boga za całą naszą rodziną. Modlę się też o ciebie!

To wywarło na mnie niesamowity wpływ. Obraz ojca klęczącego codziennie przed Bogiem stał się inspirującym wzorem. Poza tym jestem przekonany, że jego modlitwy wywarły trwały, pozytywny wpływ na moje życie. Jest ono o wiele lepsze niż byłoby, gdyby mój ojciec nie prowadził tak pobożnego życia. Myślę, że dzisiaj mogę cieszyć się tak wielkim błogosławieństwem i przychylnością Bożą we wszystkich dziedzinach ze względu na to, kim mój tata był i co wywalczył w swojej komorze modlitewnej.

wspolna_modlitwa

Wspólna wieczorna modlitwa przy rodzinnym stole. Ja, to ten malutki chłopczyk z prawej strony. Trochę czasu minęło…

W dzieciństwie ponadto zawsze kończyliśmy dzień w szczególny sposób. Cała, trzypokoleniowa rodzina, gromadziła się razem w pokoju stołowym, choć mieszkaliśmy w dużym mieszkaniu w starej poniemieckiej kamienicy. Moja siostra zasiadała do pianina i grała jakąś pieśń ze „Śpiewnika Pielgrzyma”. Wspólnie śpiewaliśmy, potem mój ojciec wstawał, odczytywał fragment Pisma Świętego, i modliliśmy się, okazując Bogu wdzięczność. Każdego wieczora dziękowaliśmy Bogu za to, czego dokonał w naszym życiu, a także za przeżyty dzień. To było coś niesamowitego. Nie rozumiałem wtedy znaczenia tych wieczorów spędzanych w gronie rodzinnym we wspólnocie z Bogiem. Wówczas jeszcze nie narodziłem się na nowo, ale kiedy oddałem swoje życie Bogu, te wieczory nabrały dla mnie szczególnego znaczenia. Teraz rozumiem, jak bardzo ważny jest czas spędzany z Bogiem, również ten w gronie rodzinnym. Jestem przekonany o tym, że ważne jest, aby każdy dzień kończyć lub rozpoczynać we wspólnocie z Bogiem.

Zresztą, gdy byłem dzieckiem, z postępowania mojego ojca wiele rzeczy nie rozumiałem, a niektóre wydawały mi pozbawione jakiegokolwiek sensu. Na przykład w niedziele, gdy wracaliśmy po nabożeństwie, tata zabierał do naszego domu osoby starsze, samotne, ludzi chodzących o kulach, i wspólnie z nimi jedliśmy obiad. Nie byłem szczęśliwy z tego powodu. Pamiętam, jak często niezadowolony zastanawiałem się: Co on wyprawia? Po co to wszystko robi? Przecież to jest zupełnie bez sensu. Chyba należy nam się wolny, rodzinny czas? Jednak gdy patrzę na te niedziele z obecnej perspektywy, będąc już mężczyzną w sile wieku, który sam poświęcił swoje życie służbie Bogu i ludziom, to podziwiam poświęcenie moich rodziców. Rozumiem teraz, że tatą, który jest w centrum tej opowieści, kierowało współczucie i miłość do ludzi. Uwielbiał dzielić się swoim czasem z innymi i służyć, szczególnie tym, którzy byli starsi, samotni i w jakiś sposób pokrzywdzeni przez życie. To zmusza mnie dzisiaj do myślenia i ma głęboki sens, choć gdy byłem chłopcem postrzegałem to zupełnie inaczej.

Pamiętam również, że gdy wyjeżdżałem na studia teologiczne do Warszawy, mój tata powiedział:

– Będę więcej pracował, aby pomóc ci sfinansować naukę. Bardzo chciałbym, abyś ukończył akademię i jako wykształcony człowiek mógł służyć Bogu.

Sam, co jeszcze raz podkreślę, ukończył tylko siedem klas szkoły podstawowej, i to w wieku dojrzałym, bo młodość zabrała mu wojenna i powojenna zawierucha. Wiedział jednak, że wykształcenie jest bardzo ważne i chciał, abym dotarł w życiu i służbie dalej niż on. Tak jak obiecał, pomógł mi się wykształcić, abym mógł służyć Bogu jako wyedukowany teologicznie pastor.

Miałem szczęście mieć dobrego ojca. Był dla mnie przykładem i inspiracją. Zatroszczył się o mnie i pomógł mi. Nie byłbym dzisiaj tym człowiekiem, którym jestem, gdyby nie on. Jego przykład jest jednym z powodów obrania przeze mnie takiej życiowej drogi, a nie innej. Dziś pragnę nieść pochodnię, którą mi przekazano – dzielić się w czasie mojego życia Bożym światłem z tak wieloma ludźmi, jak to tylko będzie możliwe. Przekazano mi pałeczkę, a ja zdecydowałem się na udział w tym maratonie i przekazanie jej tylu ludziom, ilu się da.

Oczywiście nie sposób tutaj nie wspomnieć o Aurelu Serafinczanie, duchowym ojcu mego taty i wielu innych liderów ruchu zielonoświątkowego w czasach komunizmu. We współczesnej terminologii nazwalibyśmy go mentorem. Przyjmował swoich uczniów u siebie w domu w Czerniowcach na Bukowinie albo podróżował do krajów ich życia i służby.

Po raz pierwszy spotkałem go na Białorusi, jeszcze jako mały chłopiec, w czasie jednej wizyty, w trakcie której mój ojciec przemycał Biblie do Związku Radzieckiego. Potem był u nas w domu. Ciekawił mnie ten człowiek, ponieważ tata dużo o nim opowiadał. Powtarzał, że to właśnie dzięki Aurelowi jego życie jest takie jakie jest. Chętnie dodawał, iż gdyby nie Aurel, to zapewne nie poznałby Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Nie poznałby, kontynuował, Łucji, swojej Rebeki, nie został pastorem i nie założyłby zboru w Lubaniu. To zdumiewające jak duży wpływ niektórzy ludzie wywierają na nasze życie i jak znaczące ma to konsekwencje.

Nie potrafiłem pojąć wtedy lekcji, których próbował mi przekazać mój tata. Zresztą, prawdę mówiąc, musiało upłynąć wiele lat, zanim zacząłem właściwie rozumieć to, czego uczył mnie, gdy byłem młodym chłopcem.

Aurel Serafinczan wywarł na mnie duże wrażenie. Był człowiekiem skromnym, prowadzącym niemal ascetyczne życie. Niezależnie od tego gdzie był, od północy do trzeciej nad ranem modlił się, traktując to jako integralną część swojego powołania. Robiło to na mnie za każdym razem ogromne wrażenie.

Kiedy zakładałem zbór w Gryfowie Śląskim, Aurel przyjechał do mnie i dzielił się Słowem Bożym. Głosił z pokorą, ale stanowczo; był niezwykle namaszczonym prorokiem. Zastanawiam się teraz, co czuł, gdy Bóg pozwolił mu na starość głosić w zborze założonym przez syna jego ucznia. To musi być czymś niesamowitym dostrzec owoce swojej pracy w kolejnych pokoleniach.

Dzisiaj, gdy o tym wszystkim rozmyślam, to jasno widzę, że dzięki posłuszeństwu Aurela, jednego człowieka, życie wielu ludzi, a może nawet tysięcy, zostało pozytywnie przemienione. Gdy Bóg mu powiedział pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku, aby przygotował się na więzienie i do założenia podziemnego kościoła w łagrze, mógł się zbuntować, mógł odmówić Bogu, ale on się nie opierał i nie uciekał. Nie robił Bogu żadnych wymówek. Ze spokojem poddał się prowadzeniu Ducha Świętego. Dzięki Bożej łasce założył podziemny kościół w łagrze na dalekiej Północy i z trudem zdobył tam dla Chrystusa piętnaście osób. Potem z narażeniem życia prowadził z nimi nielegalne spotkania, wychowując ich na uczniów Chrystusa. Tam przyprowadził również do Boga mojego ojca, Cezarego Kiewrę, i wychował go na radykalnego chrześcijanina. Gdy mój tata, jako repatriant przyjechał pod koniec lat pięćdziesiątych na Ziemie Odzyskane, zaangażował się w pracę lwóweckiego zboru, a potem założył zbór w Lubaniu. Wywarł duży wpływ na moje życie, a także na życie wielu ludzi.

Ze względu na posłuszeństwo Aurela, dziś możemy oglądać owoce tego, co Bóg rozpoczął w latach 40. i 50. ubiegłego wieku. Natomiast dziedzictwo, które Aurel przekazał swoim uczniom, oni przekazali dalej. To dziedzictwo ciągle trwa, jest żywe, a Bóg pomnaża owoce wierności tych mężów Bożych.

Kiedy dzielę się Słowem Bożym w kraju i zagranicą, często powtarzam:

– Dziś stoję przed wami i głoszę Słowo Boże ze względu na posłuszeństwo jednej osoby. Gdyby nie ten człowiek i nie jego posłuszeństwo Bogu, zapewne mnie tutaj by nie było. Ale ze względu na jego posłuszeństwo i wierność mogę dzisiaj podróżować do wielu krajów, głosić w nich Słowo Boże i widzieć, jak wspaniałe rzeczy czyni Bóg.

Za to będę dozgonnie wdzięczny Bogu, a także naszym duchowym ojcom, którzy kroczyli przede mną i zapłacili niekiedy niewyobrażalną dzisiaj cenę.

Marek Kiewra

Wszelki prawa zastrzeżone © 2013, Andrzej Mytych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>